No to hyc, na ten Szpic (Spitsbergen)

Opuściliśmy centrum Tromsø, i udaliśmy się w kierunku lotniska. Tablica w głównym budynku aeroportu wskazywała, wylot do Longyerabyen z terminalu trzeciego (koszt biletu 930 zł). Do oddalonego o około 300 metrów obiektu postanowiliśmy wybrać się…lotniskowym autobusem, ten miał zaraz ruszyć sprzed wejścia do obiektu. Dlaczego nie skorzystać? Przecież dziś się jeszcze nachodzimy, a czasu mamy spory zapas. Po 5 pięciu minutach oczekiwania na odjazd, stwierdziliśmy że tę trasę byśmy przeszli już 2 razy. Po kolejnych 10 min, pokonalibyśmy skacząc na jednej nodze lub idąc tyłem. Po ponad kwadransie ruszyliśmy wreszcie busem, tyle że w innym kierunku. Zrobiło się ciekawie. Mijając parking zacząłem podkręcać atmosferę. Opowiadałem Tacie, że to taka niespodzianka, i ostatecznie wybrałem minimalnie tańszy wariant podróży na Spitsbergen od tego samolotem. Mówiłem, iż autobus zawiezie nas nad wybrzeże, gdzie czekają kajaki, którymi przez kilka dni będziemy wiosłować w kierunku Svalbardu. Pocieszałem, podkreślając, iż płynący tędy ciepły prąd Golfsztrom będzie naszym sprzymierzeńcem. Ojciec znający moje „racjonalne zarządzanie środkami” był w stanie uwierzyć w tę historię. Dziwnym trafem, jakby zrozumieli ją siedzący za nami Amerykanie, z których jeden zaczął nerwowo wciskać stop, a drugi niemal zaciągnął wajchę awaryjnego otwierania drzwi. Ostatecznie kierowca zakręcił na prowizorycznym rondzie i od drugiej strony wjechał na T3.

Skromny tymczasowy terminal przypominał konstrukcyjnie obiekt popularnego dyskontu. Jedno stanowisko kontroli bezpieczeństwa, spokojnie wystarczało do sprawdzenia podróżnych. Uwagę pracownic lotniska zwróciła moja torba – pamiątka z gdańskiego festiwalu o kulturze nordyckiej – Nordic Focus Festival. Trzymając bagaż, donośnym głosem powtarzały „cham, ham!”. Że ja czy ten Miś na siatce? – pomyślałem. O jakiego (c)hama właściwie chodzi? Źle zachowujący się mężczyzna czy z ang. szynka? Szybko okazało się, że zainteresowanie wywołała część zabranego przeze mnie pożywienia, którego Pani z obsługi lotniska była fanką. Po kontroli udałem się do przyglądającego się całej sytuacji Ojca. Jego wąsy były wyraźnie uniesione z obu stron twarzy. Wyprzedzając pytanie dotyczące sytuacji z „(c)hamem” oznajmiłem ironicznie, iż prześwietlający mnie skaner, potrzebował chwili na trafne poznanie mej osobowości.

Podczas półtoragodzinnego lotu z Tromsø do Longyearbyen co chwilę spoglądaliśmy w kierunku okien, wypatrując największą z wysp archipelagu Svalbard – Spitsbergen (z nor. ostre góry). Przez ostatnie 30 minut mieliśmy nos przyklejony do szyby.

Uwagę zwracały lodowe czapy, przykrywające wyspy. Trzeci co do wielkości lodowiec Europy – Austfonna znajduje się właśnie na Svalbardzie (z nor. zimny ląd).

Dopiero uderzenie kół samolotu o pas lotniska przywróciło nas do rzeczywistości.

Odkryta oficjalnie ponad 500 lat temu przez William Barentsa wyspa (Spitsbergen) przywitała nas przenikliwym chłodnym wiatrem. Przy terminalu czekały już autobusy, które zabierały pasażerów według podziału na hotele (100 NOK).

Lokum zarezerwowane mieliśmy w położonej niemal w centrum Longyearbyen, hostelowej części Mary-Ann’s Polarrigg. Ośrodek powstał na bazie dawnego hotelu górniczego. W większości zajęty był przez Azjatów, którzy podczas naszego pobytu realizowali materiał filmowy dla jednej z TV. Obecność mieszkańców największego kontynentu na Ziemi, okazała się być kluczowa dla naszego rytmu dobowego.

Śniadania wydawane były w hotelowej restauracji.

Po zostawieniu bagażów ruszyliśmy w „miasto”. Liczącą dziś niemal 2 tys. stolicę Svalbardu założył ponad wiek temu John Munroe Longyear – udziałowiec firmy zajmującej się wydobyciem węgla. Miejscowość nosiła wtedy nazwę Longyear City. Kilka lat po tym, osadę wraz ze znajdująca się tu kopalną węgla wykupili Norwegowie, którzy z czasem zmienili Longyear City na Longyearbyen tj. miasto Longyeara.

Na początku pobytu spotkała nas miła niespodzianka. Zaraz po wyjściu z hostelu trafiliśmy na rodaka, związanego ze znajdującą się na Spitsbergenie – Polską Stacją PolarnąHornsund. Zbiliśmy piątkę, i po chwili rozmowy, ruszyliśmy w kierunku jednej z atrakcji miasta.

Cytując klasyka „A jeżeli będą chcieli pójść do muzeum lotnictwa, zabierzesz ich do Muzeum Lotnictwa…”.

Tak, oto odwiedziliśmy Muzeum Ekspedycji Bieguna Północnego znane wcześniej jako Spitsbergenskie Muzeum Sterowców.

Placówka ukazuje historię lotnictwa, udokumentowaną artefaktami i informacjami dotyczącymi kilku głównych wypraw, przeprowadzonych podczas eksploracji regionu Arktyki.

Podziwiać tu można historię sterowca Norge, którego podróż w 1926 r. ze Spitsbergenu na Alaskę, uznano zarazem za pierwszą w pełni udokumentowaną wyprawę na biegun północny. W skład ekspedycji wchodzili m.in. słynny norweski polarnik Roald Amundsen, amerykański odkrywca Lincoln Ellsworth oraz Włoch płk Umberto Nobile.

Historia tego ostatniego z wymienionych zainteresowała nas szczególnie. Pochodzący z półwyspu apenińskiego pilot, uskrzydlony sukcesem „Norge”, w kwietniu 1928 r. ruszył z Mediolanu, zeppelinem „Italia” na podbój bieguna północnego.

Podczas lotu nad starym kontynentem, statek powietrzny stanął w obliczu silnych burz uniemożliwiających nawigację. Zboczył z kursu i zaczął krążyć nad Górnym Śląskiem. Z pomocą ekipie U. Nobile przyszli pracownicy Polskiego Radia Katowice. Radiostacja przerwała audycję, i przy wsparciu konsula Italii, zaczęła nadawać komunikaty w języku włoskim z wytycznymi dla załogi statku. Dzięki improwizowanej radiolatarni, udało się wyprowadzić sterowiec na właściwy kurs. Opóźnienie wynikające z kilkugodzinnego krążenia nad Katowicami miało wpływ na dalszą trasę „latającego cygara”. Załoga zdecydowała się na lądowanie zeppelina w Słupsku (ówczesny Stolp). Po kilkunastodniowym postoju, związanym z wykonaniem niezbędnych napraw, statek powietrzny ruszył w kierunku Spitsbergenu. Finalnie „Italia” zdobyła biegun 24 maja 1928 roku. Jednak sukces miał niezwykle gorzki smak. Wkrótce zeppelin rozbił się o krę lodową. Wypadku nie przeżyła część załogi. U. Nobile doznał jedynie złamania nogi. Kontrowersyjny dowódca „Italii” opuścił obszar wypadku jako pierwszy, dzięki pomocy jednego ze szwedzkich pilotów. Pozostałych członków ekipy zabrał na pokład radziecki lodołamacz „Krasin”. I tutaj historia zatacza koło. W misji ratowniczej zginął legendarny zdobywca bieguna południowego Roald Amundsen o czym wspominałem w części dotyczącej Tromsø.

„Czerwony Namiot” pod którym ukrywali się rozbitkowie „Italii”, stał się symbolem, oraz tytułem filmu opowiadającym o tragicznych losach załogi. W produkcji z 1969 r. wystąpiła plejada gwiazd m.in. Sean Connery, Peter Finch czy Claudia Cardinale.

Muzeum otwarto w 2008 r. w Międzynarodowy Rok Polarny, była to zarazem 80. rocznica katastrofy Italii, wypadku Roalda Amundsena oraz 30. śmierci Umberto Nobile.

Poniżej archiwalny film z lądowania włoskiego sterowca w Słupsku/Jezierzycach.

Opuściliśmy muzeum lotnictwa i „polecieliśmy” do (napisałbym leżącego nieopodal, ale tu wszystko jest blisko siebie) Muzeum Svalbardu. (100 NOK)

Nowoczesna bryła placówki skrywa liczne eksponaty i informacje związane z archipelagiem Svalbard. Od arktycznej flory i fauny, po czasy osadnictwa, wydobycia węgla oraz warunki życia. Całość podana została w interaktywnym opakowaniu. Wrażenie robi symulacja topniejących tu lodowców, spowodowana zmieniającym się klimatem.  

Patrząc na mapę Longyearbyen, można odnieść wrażenie, że miasto ukształtowane jest w literę „T”. Takie połączenie prostej mknącej wzdłuż wybrzeża wraz z odnogą, biegnącą w głąb lądu, na której znajduje się główny deptak stolicy wyspy. Tam się wybraliśmy.

Na Spitsbergenie obowiązuje wiele interesujących obostrzeń.

Zakazem objęte są np. zgony. Jedyny cmentarz w mieście nieczynny jest od ponad 70 lat. Wiąże się to z przeprowadzonymi w 1950 r. badaniami. Wykryto, iż występująca tu wieczna zmarzlina chroni ciała przed procesem rozkładu. W testowanych wówczas próbkach ujawniono ślady „hiszpanki”, wirusa który w XX w. zdziesiątkował populację na świecie. Ze względów sanitarnych, dalsze chowanie zmarłych,  groziłoby wybuchem epidemii. 

Dziś w przypadku osób ciężko chorych, bliskich śmierci, gubernator nakazuje opuszczenie archipelagu Svalbard. Ich pochówek odbywa się w kontynentalnej części Norwegii. Analogiczna sytuacja ma się z porodami. Poza tym nie można posiadać tu m.in kota, albo fretki, które mogłyby stanowić zagrożenie dla bogatej populacji arktycznych gatunków ptaków.

Do tutejszego marketu, z „giwerą” nie wejdziemy.

Obszar Svalbard objęty jest jest strefą bezcłową, co nieco osładza norweskie ceny.

Dzień zakończyliśmy tym po co tu przyjechaliśmy, czyli kąpielą w środowisku, w którym występuje mors arktyczny. Ssak ten zajmuje ważną pozycję na Spitsbergenie. Jego wizerunek umieszczono w herbie archipelagu Svalbard. Po morsowaniu raczyliśmy się złocistym napojem, z Svalbard Bryggeri, który nosi miano najbardziej na północ wysuniętego browaru świata.

Wieczorem obudził nas harmider na hostelowym korytarzu. Jak się okazało jego źródłem byli Azjaci, którzy zbierali się do nagrania programu „na żywo”. No tak, przecież jak śpiewał Igor Herbut, „w Tokio jest już jutro”.

Była to okazja, aby zza okna pokoju przyjrzeć się białej nocy. Zegarek wskazywał godzinę 2:00 (zdjęcie poniżej).

„Mieć kasy jak lodu” to słynne powiedzenie zdecydowanie musiało powstać na Spitsbergenie. Pomyślałem tak w momencie przeglądania ofert jednodniowych podróży statkiem po okolicy. Ceny mroziły krew w żyłach, były zdecydowanie wyższe od tych jakie trzeba zapłacić za rejs „Czarną Perłą” po gdańskiej Motławie.

Po długiej analizie wycieczek padło na podróż statkiem do Billefjorden i lodowca Nordenskiöldbreen (2 490 NOK).

Około 9:00 busem podstawionym przez organizatora wycieczki, ruszyliśmy z hostelu w kierunku nabrzeża. Po dotarciu do niewielkiego portu w Longyearbyen, skipper wraz z przewodnikem przeprowadzili odprawę.

Po wysłuchaniu planu wycieczki, zasad BHP itd. weszliśmy na pokład łodzi pontonowej typu „RIB”. Po tych słowach wypłynęliśmy w 7 godz. rejs. w kierunku lodowca Nordenskiöldbreen. Wraz z załogą było nas na pokładzie dziesięcioro +  przyjaciel mojego żołądka (Aviomarin).

Lekkie zamulenie, z początkowej fazy podróży (spowodowane działaniem leku) minęło, gdy obok szyby przeleciało stado maskonurów. Widok kolorowych, płochliwych „morskich papug” na tle svalbardzkiej szarości spowodował, ze źrenice zdecydowanie się powiększyły. 

O ile to co unosiło się nad taflą (ptaki, renifery) były względnie łatwe do identyfikacji, o tyle to co poruszało się w wodzie m.in. wieloryby nie były już tak łatwe do odgadnięcia. Według rady przewodnika – miałem patrzeć na płetwę, kolor, czas zanurzenia, wysokość wynurzenia i wtedy wszystko było jasne. Bułka z masłem (ssaka widać w 0:02 oraz 0:21 poniższego filmu).

Dla ułatwienia dostaliśmy ściągę z atlasem zwierząt żyjących na archipelagu. Większość wypatrywała „Króla Arktyki”. Dziwne, że nie dotarł tu jeszcze ten „z Krupówek”.

Pierwszy przystanek – Zatoka Skansbukta/ Billefjorden

Nazywana też zatoką wraku, od wyrzuconego na brzeg kutra. Jedna z odnóg lodowca Isfjorden, otoczona jest strzelistymi klifami gór, zabezpieczającymi obszar przed mrozem i wiatrem. Warunki te sprzyjają rozwojowi roślinności. To przyciąga tu renifery, których gęstość jest wyższa niż w jakimkolwiek innym miejscu na archipelagu. Dawniej znajdowała się tu kopalnia gipsu.

Następnym przystankiem były okolice Pyramiden – nieczynnej rosyjskiej (wcześniej radzieckiej) osady górniczej. Kopalnie jak i samo miasteczko działały prężnie do lat 90. W czasach rozkwitu, mieszkało tu ponad tysiąc mieszkańców. Infrastrukturę tworzyły m.in. szkoła, basen pływacki, dom kultury czy szklarnie. Standard życia był tu na tyle wysoki, że praca w Pyramiden była traktowana przez sowietów, jako nobilitacja i przywilej.

Katastrofa rosyjskiego samolotu w Longyearbyen w 1996 r., z górnikami lokalnych kopalń na pokładzie oraz brak opłacalności wydobycia węgla doprowadziły „Piramidę” (jak tą finansową) do upadku. Z czasem zmieniając ją w miasto widmo. Opuszczone miejsce stało się popularnym celem wycieczek, przynajmniej do niedawna. W związku z wojną za naszą wschodnią granicą, większość tutejszych biur podróży, w ramach poparcia dla Ukrainy, zawiesiła wyjazdy do Pyramidem oraz Barentsburga – kolejnej z rosyjskich osad górniczych zlokalizowanej na Spitsbergenie. Co ciekawe druga z wymienionych miejscowości, liczy sobie ponad 300 mieszkańców z czego 2/3 stanowią… obywatele Ukrainy. Konflikt zbrojny na wschodzie Europy przekłada się na niezwykle chłodne relacje między oboma narodami w tym odległym, arktycznym mieście.

Ostatni przystanek zrobiliśmy przy Nordenskiöldbreen, niezwykłym przeżyciem jest słuchanie cielącego się lodowca.

Chwilę po opuszczeniu okolic lodowca, ruszyliśmy w kierunku Longyearbyen. Fala zrobiła się jakby większa.

– Zaraz poczujecie moc, silnego wiatru znad Grenlandii – oznajmił skipper.  

Zaczęło ostro bujać. Moja twarz momentalnie zrobiła się alabastrowa, idealnie wpasowując się białe wierzchołki pobliskich szczytów. Jakimś cudem dotarliśmy bez ofiar do portu.

Po wycieczce udaliśmy się na spacer po Longyearbyen.

Trzy miśki. My plus znak – symbol Svalbardu, informujący o niebezpieczeństwie związanym z występowaniem niedźwiedzi polarnych na archipelagu. Pocieszny Ursus maritimus to największy przedstawiciel swojego gatunku. Jego średnia waga oscyluje między 300-700 kg, choć zdarzył się też okaz o ciężarze ponad 1 tony. Pomimo takich gabarytów, nie stanowi to przeszkody, aby „misiek” mógł biec nawet 40 km/h! Ostatni przypadek śmiertelnego ataku niedźwiedzia polarnego miał miejsce w 2020 roku, kiedy to zwierzę zaatakowało turystę, przebywającego na lokalnym polu namiotowym.

Opuszczając rejon miasta, należy być wyposażonym w broń.

Trening psich zaprzęgów, to jedna z form spędzania wolnego czasu, przez tutejsze dzieci.

Jeśli chodzi o rzeczy, z którymi omal się nie wstrzeliłem podczas wycieczki, to termin wyrobienia pozwolenia na posiadanie broni. Dokumentem, który jest niezbędny do wypożyczenia „giwery”, zacząłem zajmować się nieco ponad miesiąc przed wyjazdem.

Wniosek o niekaralności, tłumaczenie na język angielski, wysłanie kompletu dokumentów do Gubernatora Svalbardu, zapłacenie za zgodę, i wreszcie jej uzyskanie udało się załatwić na styk (248 NOK).

Z dokumentem stawiliśmy się w sklepie Longyear78 Outdoor & Expeditions. Odchodząc nieco od tematu w mieście króluje liczba 78, nawiązująca do równoleżnika na którym leży stolica archipelagu. We wspomnianym Longyear78 interesowało nas wypożyczenie broni na 24 godziny, tak aby jeszcze przed jutrzejszym popołudniowym wylotem, udać się na trekking.

– Czy znasz główną zasadę strzelectwa? – usłyszałem od ekspedientki, wręczającej mi do ręki Mausera, pozostawionego przez uzbrojoną niemiecką „wycieczkę”, która przyjechała tu w latach 40.

Jako, że z bronią nie ma żartów, padło pewne „no gun, no fun” „safety first” (najważniejsze bezpieczeństwo) synchronizowane z kiwającą głową z góry na dół. Po krótkim kursie, i teście obsługi broni, wróciliśmy do hotelu. W jego depozycie pozostawiliśmy w Mausera, na numerek, jak kurtkę w szatni. Nic niezwykłego na tej szerokości geograficznej.

Co jeśli nie udałoby się wypożyczyć karabinu? Wtedy można zapisać się na wycieczkę zorganizowaną przez tutejsze biuro podróży albo…podpiąć pod inną ekipę (wcześniej pytając w hostelu, ew. stojąc przy znaku końca bezpiecznej strefy, czego byliśmy świadkami).

Na trekking ruszyliśmy następnego dnia, tuż po śniadaniu. Naszym celem był lodowiec Longyearbeen (prawie jak Longyearbyen). Od początku przyjazdu, ten wiszący kawał lodu zwracał na nas swoją uwagę. Wyglądał jak tlący się nad miastem kocioł, z którego cały czas buchała para (widoczny na poniższym zdjęciu po prawej stronie).  

Kolejna niespodzianka, zajęcia dla dzieci na lodowcu, połączenie geologii z zajęciami praktyczno-technicznymi.

Po 4 godzinach spaceru, udaliśmy się oddać broń oraz odebraliśmy bagaże. Nasz przejazd na lotnisko zakładał wynajęcie „taryfy” i krótki postój, w znajdującym się pod drodze Globalnym Banku Nasion, niestety obie korporacje taksówkarskie w tych godzinach były niedostępne.

Do portu lotniczego wróciliśmy wiec autobusem, a na magazyn przechowujący nasiona roślin jadalnych z całego świata spojrzeliśmy z perspektywy pasa startowego.

Nadszedł czas pożegnania ze Svalbardem i Norwegią. Wyczuły to tutejsze Belugi (Białuchy arktyczne), białe wieloryby, które na do widzenia zatańczyły dla nas w wodach pobliskiej zatoki (filmik dla osób z sokolim wzrokiem).

Jak się okazało ta pierwotnie gorzka „Landryna” (Wizzair) zmieniająca nasz pierwotny plan lotu do Norwegii, w połączeniu z liniami Norwegian, nabrała finalnie słodkiego smaku.

Tromsø, Svalbard, lodowce, ślady wypraw R. Amundsena, morsowanie, to tylko niektóre z punktów, które sprawiły, że wyjazd na Spitsbergen, wylądował na „szpicy” listy naszych wspólnych wypraw.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.